DROGA DO DOMU (28/29 października 2016 r)
Wyjechaliśmy z szampańskiego miasteczka Epernay i po odpaleniu na kabelki przez innych już państwa stwierdziliśmy, że bez zatrzymania wracamy prosto do Polski :D
Kiedy stawaliśmy na stacjach benzynowych na kibelek, jedno z nas zawsze siedziało w aucie którego nie gasiliśmy by znowu nie zaliczyć ładowania. Zaopatrzeni w Red Bulle jechaliśmy przez dróżki, drogi, autostrady, zakręty, knieje opowiadając sobie różne historie naszego życia. Bardzo dobrze nam się jechało, nastawiliśmy się, że nad ranem zajedziemy do Zdun. Przejechaliśmy już Francję, Belgię, Luksemburg, wjechaliśmy do Niemiec na autostrady i.... UPS!!!
Pierwsze oznaki czegoś nie fajnego pojawiły się w postaci smrodu takiego jak siarka czy coś podobnego, oczywiście wyczuła to Marta bo Michał ma znikomy węch :D
Następnie Michał z kolei zobaczył ulatniający się delikatnie dym spod maski po stronie kierowcy. No pięknie :P Godzina 1:00 w nocy, my na autostradzie no ale nic, zjechaliśmy na najbliższym zajeździe dla ciężarówek i zastaliśmy tam akurat Polaków tzw "Panów Majstrów" którzy znali się na wszystkim :D
Zajrzeliśmy wspólnie pod maskę a tu BUCH. Z akumulatora kopciło się niemiłosiernie, mieliśmy też wyciek. Majstry poleciły byśmy zjechali na najbliższym zjeździe, przekimali się i z rana kupili jakiś akumulator wtedy wrócimy do Polski już na spokojnie.
Jak powiedzieli tak zrobiliśmy, zjeżdżając z autostrady wjechaliśmy w duże "przyautostradowe" centrum gdzie były hotele, kilka stacji benzynowych, restauracje, sklepy itd. Fajowo bo obok jednej ze stacji było miejsce napraw samochodów które zepsuły się na drodze. Podjechaliśmy do chłopaków tłumacząc co się dzieje ale oni rozumieli tylko język niemiecki więc nie było łatwo. Otworzyli maskę, poświecili latarką i nagle zaczynają krzyczeć " RAUS!!! RAUS!!! SZNELA!!! FAJER FAJER!!!"
Ja pier*&&%$### pomyślała Marta uciekając od auta. Patrzymy a oni biorą gaśnicę, zalewają auto i każą szybko wyciągać najważniejsze rzeczy ze środka " PAPIREN, KOMPUTEREN"
Ja pier*&&%$### pomyślała Marta po raz drugi ponieważ oni nie wiedzieli o naszym hotelu na 4 kołach, o tym że mamy tam pół chałupy i o tym że zaraz nastąpi gnój niesamowity... Kiedy wyciągnęliśmy wszystko patrzymy a tu zjawiają się 3 wozy strażackie.
Ja pier*&&%$### powiedziała już Marta bardzo głośno. CO TU SIĘ DZIEJE?! Podchodzili do nas ludzie i tylko tłumaczyli nam coś po niemiecku... Jeden chłopak tylko łamanym angielskim powiedział nam że poprzepalane są jakieś kable i auto niezdatne jest do jazdy, musi ktoś przyjechać po nas lawetą... Rewelacja :( Była już prawie 3 w nocy.
Wyjechaliśmy z szampańskiego miasteczka Epernay i po odpaleniu na kabelki przez innych już państwa stwierdziliśmy, że bez zatrzymania wracamy prosto do Polski :D
Uff... działa :D
Kiedy stawaliśmy na stacjach benzynowych na kibelek, jedno z nas zawsze siedziało w aucie którego nie gasiliśmy by znowu nie zaliczyć ładowania. Zaopatrzeni w Red Bulle jechaliśmy przez dróżki, drogi, autostrady, zakręty, knieje opowiadając sobie różne historie naszego życia. Bardzo dobrze nam się jechało, nastawiliśmy się, że nad ranem zajedziemy do Zdun. Przejechaliśmy już Francję, Belgię, Luksemburg, wjechaliśmy do Niemiec na autostrady i.... UPS!!!
Pierwsze oznaki czegoś nie fajnego pojawiły się w postaci smrodu takiego jak siarka czy coś podobnego, oczywiście wyczuła to Marta bo Michał ma znikomy węch :D
Następnie Michał z kolei zobaczył ulatniający się delikatnie dym spod maski po stronie kierowcy. No pięknie :P Godzina 1:00 w nocy, my na autostradzie no ale nic, zjechaliśmy na najbliższym zajeździe dla ciężarówek i zastaliśmy tam akurat Polaków tzw "Panów Majstrów" którzy znali się na wszystkim :D
Zajrzeliśmy wspólnie pod maskę a tu BUCH. Z akumulatora kopciło się niemiłosiernie, mieliśmy też wyciek. Majstry poleciły byśmy zjechali na najbliższym zjeździe, przekimali się i z rana kupili jakiś akumulator wtedy wrócimy do Polski już na spokojnie.
Jak powiedzieli tak zrobiliśmy, zjeżdżając z autostrady wjechaliśmy w duże "przyautostradowe" centrum gdzie były hotele, kilka stacji benzynowych, restauracje, sklepy itd. Fajowo bo obok jednej ze stacji było miejsce napraw samochodów które zepsuły się na drodze. Podjechaliśmy do chłopaków tłumacząc co się dzieje ale oni rozumieli tylko język niemiecki więc nie było łatwo. Otworzyli maskę, poświecili latarką i nagle zaczynają krzyczeć " RAUS!!! RAUS!!! SZNELA!!! FAJER FAJER!!!"
Ja pier*&&%$### pomyślała Marta uciekając od auta. Patrzymy a oni biorą gaśnicę, zalewają auto i każą szybko wyciągać najważniejsze rzeczy ze środka " PAPIREN, KOMPUTEREN"
Ja pier*&&%$### pomyślała Marta po raz drugi ponieważ oni nie wiedzieli o naszym hotelu na 4 kołach, o tym że mamy tam pół chałupy i o tym że zaraz nastąpi gnój niesamowity... Kiedy wyciągnęliśmy wszystko patrzymy a tu zjawiają się 3 wozy strażackie.
Ja pier*&&%$### powiedziała już Marta bardzo głośno. CO TU SIĘ DZIEJE?! Podchodzili do nas ludzie i tylko tłumaczyli nam coś po niemiecku... Jeden chłopak tylko łamanym angielskim powiedział nam że poprzepalane są jakieś kable i auto niezdatne jest do jazdy, musi ktoś przyjechać po nas lawetą... Rewelacja :( Była już prawie 3 w nocy.
Michał zastanawia się, co się stało i kręci beke robiąc fotoreportaż a Marta załamana ryczy gdzieś z boku 😂😂😂
Kiedy już było po całej akcji, akumulator został wyjęty i wszystkie substancje trujące zostały wyczyszczone, powkładaliśmy wszystko z powrotem do środka. Sęk w tym że jedna z szyb do połowy była uchylona a że nie ma tak dobrze jak kiedyś że szyby na korbkę to nie dało się jej już zamknąć a spać jakoś było trzeba bo hotele już nieczynne xD
Byliśmy tak pobudzeni że poszliśmy jeszcze pograć na maszynie w jednorękiego bandytę i do Mc Donalda ale że Marta już przysypiała z nadmiaru wrażeń poszliśmy się położyć :D
Dziurę w szybie zatkaliśmy śpiworami i poubierani w trzy bluzy położyliśmy się spać. Tata Maras z Panem Jareczkiem wyruszyli ze Zdun o 8 rano a że mieli do na 700 km to błąkaliśmy się po całym centrum do wieczora tracąc ostatnie pieniądze na jednorękiego bandytę :D
Przyjechali wybawiciele !!!
Stalmach rządzi :D
I tak z samego rana (ok 4:00) dojechaliśmy do Zdun. Cali i zdrowi poniekąd szczęśliwi że wreszcie wyśpimy się w swoim łóżeczku 💗
Przygód było bardzo wiele, również tych mniej przyjemnych dlatego jesteśmy z siebie bardzo ale to bardzo dumni! Zwiedziliśmy przez pełne dwa miesiące tyle miejsc że chwilowo nie jesteśmy tego ogarnąć naszą głową. Mieliśmy wzloty jak i upadki ale wszystko to w naszych wspomnieniach jest piękne :) Patrzcie jaki kawał trasy przejechaliśmy!!! Kirchheim to miejscowość od której jechaliśmy już na lawecie :D
Oto kolaż naszych przeżyć przez ostatnie szalone dwa miesiące. Było niesamowicie!!!
Mc Donaldy i Lidle spisały się na 5 :D
Pięknie dziękujemy wszystkim osobom które uczestniczyły jak i pomagały nam w przygotowaniach jak i samej przygodzie. Dziękujemy całej naszej rodzinie, znajomym jak i nowo poznanym cudownym człowiekom! Bernard Beny, Magda Fabiszewska, Marcelina Adamczyk, Andrea Slink D'Andola wraz z dziewczynami, Wiktoria Warda, Michał Kaczmarczyk DZIĘKUJEMY!!! Cudownie było was poznać!!! Przesyłamy pozdrowienia i ściskamy mocno :*
Ps: wszędzie dobrze ale w domu najlepiej !!! :D
Ps2: Niemcy to panikarze i okazało się że wystarczyło włożyć nowy akumulator i wszystko działało... Pozdro!!!